
Od wyprzedanego COS Torwaru po wspomnienia z zaplecza trasy z Breaking Benjamin i Three Days Grace. John Cooper, lider Skillet, opowiada o wyjątkowej więzi z polską publicznością, wpływie muzyki klasycznej i Prince'a na ciężkie brzmienie zespołu oraz o natychmiastowym zachwycie nad nową falą metalu.
Stanisław Łakomy, Winiary Bookings: Gracie w Polsce regularnie od wielu lat, a niedawny koncert na COS Torwarze był prawdopodobnie jednym z waszych największych występów w naszym kraju. Pamiętasz ten konkretny moment, w którym poczułeś: “Okej, Polska naprawdę staje się dla nas wyjątkowym miejscem”?
John Copper, Skillet: Pamiętam nasz koncert w pewnym polskim klubie - skończyliśmy grać numer “Rise” i w końcówce utworu wchodzi chór, który powtarza: „Rise, rise, rise, the revolution”. Publiczność po prostu nie przestała tego śpiewać! Ktoś to uwiecznił na wideo i wrzuciliśmy ten filmik do sieci. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: “To jest niesamowite! To jedna z najbardziej szalonych i entuzjastycznych publik, dla jakich dotąd graliśmy w Europie”. To był pierwszy moment, kiedy dotarło do mnie, że w ogóle ktoś w Polsce wie, kim jesteśmy (śmiech). Wiem, że to brzmi głupio, ale nie do końca zdawałem sobie wtedy sprawę z potęgi internetu i tego, jak niesamowicie potrafi nieść muzykę po świecie. Nie wiem czemu, biję się w piersi, po prostu tego nie wyczułem.
Często w wywiadach wspominasz o takich inspiracjach jak Metallica czy - z zupełnie innej strony - Fleetwood Mac. Jesteśmy jednak ciekawi tych mniej oczywistych wpływów. Jakich artystów spoza świata rocka i metalu wskazałbyś jako swoje prawdziwe inspiracje i czego nauczyłeś się od nich jako kompozytor?
- Na początku, kiedy zacząłem wkręcać się w muzykę rockową, w zasadzie nie liczyło się dla mnie nic innego. Jednak wcześniej w moim życiu kluczowy był fakt, że moja mama była nauczycielką gry na pianinie. Dorastałem więc przy pianinie od czwartego roku życia i siłą rzeczy nasiąkałem muzyką klasyczną. Mama uczyła kilkudziesięciu uczniów tygodniowo, więc w naszym domu nieustannie wybrzmiewał Beethoven czy Mozart. To nie tak, że sam z własnej woli włączałem klasykę, po prostu znałem ją na wylot, bo towarzyszyła mi na co dzień. Mama śpiewała też operowo, więc ten styl towarzyszył mi od dziecka, choć nie był to mój ulubiony gatunek do słuchania. Myślę więc, że jednym z elementów, który nadawał Skillet tak unikalne brzmienie było właśnie to, że zaczęliśmy przemycać te klasyczne wpływy. Dla mnie to było zupełnie naturalne.
A jeśli chodzi o konkretnych wykonawców spoza rocka... Gdybym miał wymienić artystów popowych, to jednym z moich ulubionych wszech czasów jest Prince. I te elementy popu wyraźnie widać w twórczości Skillet. Z tego powodu brzmimy ciężko, ale jednocześnie jesteśmy bardzo melodyjni. Zatem na pewno Prince, no i oczywiście Michael Jackson - klasyka gatunku. Przy tych dwóch nazwiskach zostanę.
Ostatnio do Polski przyjechał również Three Days Grace, grając na pierwszej edycji Summer Punch Festivalu oraz kilka dni później Breaking Benjamin. Jakie masz wspomnienia ze wspólnej trasy z nimi z 2007 roku? Jest jakaś historia z zaplecza, która z dzisiejszej perspektywy wydaje się kompletnie absurdalna albo bardzo charakterystyczna dla tamtych czasów?
- Jeździliśmy w trasie z Breaking Benjamin i Three Days Grace w 2007 roku. Potem graliśmy z Breaking Benjamin ponownie, bodajże w 2019 roku - to zresztą jedna z moich ulubionych kapel. Z kolei z Adamem Gontierem, wokalistą Three Days Grace, koncertowaliśmy później, gdy grał już ze swoim drugim zespołem. Więc jesteśmy w świetnych relacjach. Podczas tamtej pierwszej trasy byliśmy strasznie niedoświadczeni - byliśmy zupełnie nowi w tym świecie i nie znaliśmy reguł panujących na wielkich trasach. Co prawda graliśmy już od jakichś 11 lat, ale nigdy wcześniej nie biorąc udziału w tak gigantycznym, stadionowym tournée. Wcześniej jeździliśmy po małych klubach i choć odnosiliśmy sukcesy, to nie znaliśmy całego tego protokołu.
Pamiętam na przykład, jak zaprosiłem znajomych na zaplecze, żeby coś zjedli w cateringu. Po prostu ich tam wprowadziłem. Chwilę później podchodzi do mnie tour manager i mówi: “Słuchaj, nie możesz tak po prostu przyprowadzać ludzi z zewnątrz na catering”. A ja na to zszokowany: “Naprawdę?”. Przeprosiłem go oczywiście serdecznie, mówiąc, że naprawdę nie miałem o tym pojęcia. Był dla nas bardzo miły i powiedział, że nic się nie stało, bylebym po prostu więcej tego nie robił. Ale pamiętam, jak pomyślałem wtedy, że strasznie restrykcyjne te wszystkie procedury (śmiech).
Zapamiętałem też świetną rozmowę z Benem. Byłem (i nadal jestem) ogromnym fanem Breaking Benjamin, więc wtedy towarzyszyła mi lekka ekscytacja, że gramy z nimi trasę. Te dwa zespoły rządziły wówczas światem rocka. I pamiętam, jak rozmawialiśmy z Benem o komiksach - obaj je uwielbiamy, on o ile dobrze pamiętam jest wielkim fanem Supermana. W pewnym momencie pokazał mi coś i mówi, że przeprasza mnie, ale ma na nodzę tatuaż. Zdziwiony, gdy zapytałem za co przeprasza, odpowiedział: “Pewnie jako wierzący nie przepadasz za tatuażami”. A ja mu odpowiedziałem: “Stary, ja uwielbiam tatuaże!”. Próbował być po prostu niezwykle szarmancki i kulturalny, bo to było jeszcze zanim sam pokryłem się dziarami (śmiech). Wtedy miałem tylko jeden mały tatuaż, którego nawet nie było widać. To była naprawdę zabawna sytuacja.
Słyszałem, że nowy album jest już na ukończeniu. Zamiast pytać cię o to, jak dokładnie będzie brzmiał, ująłbym to inaczej. Co było największym wyzwaniem podczas jego tworzenia? Co musieliście zrobić inaczej w porównaniu do poprzednich płyt, żeby kreatywnie zaskoczyć samych siebie?
- Szczerze, to nie przypominam sobie, żeby cokolwiek sprawiło nam większą trudność. Cały proces przebiegł bardzo naturalnie.Największą frajdą był powrót do bardzo ciężkiego brzmienia i ponowne pisanie mocnych, mięsistych riffów gitarowych. W muzyce bywa tak, że z jednej strony chcesz zachować to, co w tobie unikalne, charakterystyczne i autentyczne, ale z drugiej - stale próbujesz nowych rzeczy, a rynek i gusta odbiorców cały czas się zmieniają. Przez kilka lat miałem wrażenie, że fani trochę odchodzili od klasycznych gitarowych riffów. Z ciężkimi dźwiękami nadal było im po drodze, ale same riffy zeszły na drugi plan na rzecz innych wpływów. Jednak obserwowanie, jak muzyka rockowa i metalowa ponownie zyskują na popularności, jest niezwykle ekscytujące. Wraca też to, co nazywam bardziej złożoną kunsztownością muzyczną. Jest więcej kunsztu, a mniej czysto popowego podejścia. Popatrz na zespół Spiritbox i podobne kapele - grają rzeczy, które są znacznie bardziej skomplikowane technicznie. Dzięki temu całe mnóstwo młodych gitarzystów ogląda teraz tutoriale na YouTube i uczy się to grać, a mnie to niezwykle jara, bo przenosi mnie z powrotem do moich własnych korzeni. Chcieliśmy więc wrócić do bazy i poeksperymentować z takimi brzmieniami.
Wróćmy jednak do koncertów, ponieważ bez wątpienia Skillet od lat słynie z niezwykle intensywnych występów na żywo. Pamiętasz koncert lub artystę, którego występ zrobił na tobie tak wielkie wrażenie, że pomyślałeś: ‘Okej, musimy wznieść nasze show na zupełnie nowy poziom”?
- U mnie wszystko zaczęło się prawdopodobnie od Kiss. Chodzi o całą tę oprawę sceniczną i teatralność - to było coś znacznie więcej niż sama muzyka. Szczerze mówiąc, w przypadku Kiss to oprawa była nawet ważniejsza od piosenek. Wyglądało to niesamowicie: pirotechnika, makijaże... Dla mnie, jako małego chłopca, przypominali wręcz postaci z komiksów albo bohaterów jakiejś gry RPG. Z biegiem lat zacząłem obserwować inne zespoły, które podchodziły do koncertów w równie widowiskowy sposób, i bardzo mi się to podobało. Zatem na początku byli to Kiss, potem Alice Cooper - te klimaty z pogranicza horroru i widowiska teatralnego. Z czasem moje zainteresowanie przesunęło się w stronę kapel z lat 90., które miały w sobie potężną dawkę energii - takich jak Korn. Kiedy oglądasz Korn na żywo, ich energia na scenie po prostu powala. Kocham też Papa Roach. Jacoby Shaddix, ich wokalista, to mój bliski przyjaciel. I myślę, że to prawdopodobnie mój ulubiony frontman w całym rocku i metalu na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Zawsze podziwiałem jego sceniczną energię.
Cover photo: Anna Bursztynowicz


