
Wychowany w Berlinie i ukształtowany przez niemiecką kulturę elektroniczną Nils Hoffmann tworzy muzykę, w której ciepłe melodie splatają się z wyrazistym rytmem. Do Polski natomiast ze swoim live show przyjedzie już 28 lutego, gdzie zagra w warszawskim klubie Bardzo Bardzo. z tej okazji porozmawialiśmy z nim o niemieckiej muzyce elektronicznej, grania na największych festiwalach czy hicie “Breathing”.
Wiktor Fejkiel, Winiary Bookings: Już pod koniec lutego przyjedziesz do Polski zagrać swój live występ. Czym będzie się różnić od klasycznego DJ seta?
Nils Hoffmann: - Głównie tym, że będę grać muzykę tylko swojego autorstwa - bez coverów innych artystów. Do tego wiele melodii czy akordów będę grać na żywo, co znacznie odbiega od typowych DJ setów. Natomiast wiesz, te piosenki w formie live będą miały oczywiście zupełnie inny kształt względem wersji studyjnych, co też odróżnia tę formę.
Wielokrotnie wspominałeś o tym, że niemiecka muzyka elektroniczna ukształtowała twoje brzmienie. Jak byś zdefiniował jej wyjątkowość?
- Myślę, że szeroko rozumiana niemiecka elektronika jest bardzo różnorodna - łączy w sobie melodic house, techno i wiele więcej gatunków, które od dawna dobrze się sprawdzają. Więc wydaje mi się, że tutaj tkwi ta wyjątkowość - w tej różnorodności i bogactwie dźwięków.
A jakie było twoje pierwsze zderzenie z muzyką?
- To było pianino, jeszcze gdy byłem dzieckiem. To właśnie wtedy zacząłem grać swoje pierwsze kompozycje, gdzie klawisze od małego mi towarzyszyły. Później muzykę i komponowanie ewoluowało w produkcję i tak już zostało.
Znajomość teorii muzyki klasycznej znacznie przydaje się do tworzenia elektroniki?
- Oczywiście, że tak. Gdy jeszcze w szkole muzycznej analizowaliśmy różne symfonie, to nauczyłem się sporo na temat teorii muzyki. Łatwiej jest Ci zrozumieć pewien tok rozumowania, który bywa przydatny, nawet przy kompozycjach elektronicznych.
Miałeś przyjemność zagrać na takich festiwalach jak Tomorrowland, Printworks czy Brooklyn Mirage. Któryś z tych występów zapadł ci szczególnie w pamięci?
- Każdy z nich to było absolutnie niesamowite przeżycie, którego nigdy nie zapomnę. Nie jestem w stanie wskazać z tych trzech, który był moim ulubionym, bo zagranie ich było moim wielkim marzeniem i cieszę się, że mogły się spełnić. Nie było też żadnej konkretnej sytuacji, która w jakiś szczególny sposób zapadłaby mi w pamięć - poza, tak jak mówiłem, ogromnym spełnieniem z możliwości zagrania na tych trzech.
W Polsce jednak stawiasz na małe kameralne venue. Ten bliski kontakt z publicznością to coś, na co starasz się zwracać swoją uwagę?
- Tak, zdecydowanie - bardzo lubię mniejsze kluby, bo są bardzo klimatyczne i masz znacznie większą interakcję z fanami. Później możesz też wyjść i porozmawiać z nimi, co nie zawsze byłoby możliwe na większy gigach. Także nie mogę się go doczekać.
Wystąpisz na nim ze swoim nowym krążkiem “Everlight” - jak wspominasz pracę nad nim?
- Zacząłem pisać go bez żadnego konkretnego planu - po prostu zacząłem robić sesje z innymi muzykami, tworzyć demówka za demówką. I po jakimś czasie zaczęło się to już kształtować w “Everlight” - poszczególne numery zaczęły dobrze do siebie pasować. Tworzenie krążka to proces, który musi do mnie przyjść i później wszystko leci bez problemu.
Czujesz, że jest on dobrym przykładem, że udało ci się już ukształtować swoje brzmienie i ten melodyjny house pozostanie z tobą na długo?
- Tak, czuję to bez problemu. Robię te tracki już od naprawdę dawna i czuję, że ten styl towarzyszył mi od początku. Robię to od 13 lat i “Everlight” jest tego kolejnym przykładem.
Nie brakuje na nim wielu utalentowanych gości - dlaczego postawiłeś na kolaboracje z takimi nazwiskami jak, Bipolar Sunshine czy Hayden Calnin?
- Myślę, że geneza każdej z tych współprac jest nieco inna. Muzykę Hayden’a znałem od dłuższego czasu. Gdy byłem niedawno w Australii pomyślałem o tym, by się z nim spotkać - mieszka na Nowej Zelandii. Podesłałem mu demówkę i byłem zachwycony jak dobrze jego głos brzmiał na tym tracku. Z Bipolar Sunshine jestem niezwykle szczęśliwy, że miałem przyjemność pracować z tak uzdolnionym artystą. Zależało mi na tym, by jednak starać się pracować z artystami, z którymi dotychczas nie miałem okazji, tym bardziej współpraca z Bipolar Sunshine mnie cieszy. Jestem niezwykle zadowolony z tych współprac.
Widać, że w tych kolaboracjach czujesz się naprawdę dobrze - idealnym dowodem tego jest “Breathing” nagrane wraz z Benem Böhmerem i Malou. Jaka jest geneza powstania tego numeru?
- Właściwie to Malou napisał do mnie, że ma taką demówkę, którą chciałby mi pokazać - była to oczywiście pierwotna wersja “Breathing”. Chwilę pracowałem sam nad tą piosenką, ale dopiero razem w studio udało się nadać mu jego pierwotny kształt. Choć co ciekawe finalnie zrobiliśmy jego dwie wersje - jedna to ta, która finalnie się pojawiła, a drugą wydałem pod postacią “Second Sun” na moim krążku “Once In a Blue Moon”.
Spodziewaliście się, że odniesie on taki sukces?
- Wiedzieliśmy, że to jest naprawdę dobry numer, więc czuliśmy w niej coś specjalnego, wyjątkowego. Ale na aż taki sukces nie byliśmy przygotowani (śmiech). Umówmy się, 100 milionów odsłuchań to naprawdę sporo - szczególnie, że wtedy i ja i on byliśmy małymi, więc to była dla nas wielka rzecz.
Jak Twoje nastawienie przed przyjazdem do Polski - czego spodziewasz się po polskiej publiczności?
- To będzie mój pierwszy występ w Polsce i nie ukrywam, że jestem mega podekscytowany spotkać swoich polskich fanów. Nie mogę się oczywiście doczekać zjedzenia pierogów. Byłem kiedyś przelotem na lotnisku i je jadłem - natomiast zgaduję, że nie były zbyt reprezentatywne (śmiech). Słyszałem również, że Polacy są bardzo gościnni, także czekam ze zniecierpliwieniem.
Co byś chciał, by ludzie wynieśli z twojego show?
- Zależy mi, by dać im dobre wspomnienia - stworzyć specjalne momenty, które zostaną z nimi na dłużej. Poprzez moje numery staram się opowiadać historię, więc mam nadzieję, że ta podróż muzyczna spodoba się polskiej publiczności!




