
Dwa lata temu Geordie zadebiutował płytą “The New Sound”, na której porusza się we własnym muzycznym świecie - prog rock spotyka się tu z jazzem, funkiem czy art rockiem, a przy tym daje upust swojej niepohamowanej wyobraźni. W zeszłym roku mogliście zobaczyć go z zespołem na OFF Festiwalu, a tego lata przyjechał do Polski. Za sobą ma już występy w Warszawie i w Krakowie, przy których okazji porozmawialiśmy z samym artystą!
Wiktor Fejkiel, Winiary Bookings: Spotykamy się w ramach twojej trasy koncertowej, podczas której odwiedzasz Polskę trzykrotnie. Jak na chwilę obecną podoba ci się u nas?
Geordie Greep: Jesteśmy w Polsce dopiero od jednego dnia, ale bardzo mi się podoba, jest super. Bardzo lubię tę część świata. Wczoraj graliśmy w Czechach i mam wrażenie, że gdy tylko przekracza się granicę z Niemcami, wszystko staje się o wiele ciekawsze. W Europie Zachodniej wszystko bywa potwornie restrykcyjne - jest sztywny zestaw zasad, według których musisz działać. Tutaj czuję znacznie większą swobodę, spontaniczność i otwartość na zasadzie: „okej, po prostu spróbujmy to zrobić”. Bardzo doceniam tutejszą kulturę i tę wolność, którą czuć chociażby po wejściu do klubów.
Krakowska publiczność zaskoczyła cię w jakiś szczególny sposób?
- Może nie tyle zaskoczyła, co po prostu ogromnie ucieszyła. Polska to duży kraj, a Kraków nie jest przecież stolicą. Mimo to frekwencja była niesamowita, a sam koncert musiał zostać przeniesiony do większego z powodu zainteresowania. To dla mnie wspaniała i bardzo pozytywna niespodzianka.
Zarówno za tobą, jak i przed tobą sporo koncertów. Czujesz na tym etapie delikatne zmęczenie, czy adrenalina związana z nieustannym koncentrowaniem bezwzględnie wygrywa?
- Bywają dni, kiedy zmęczenie daje o sobie znać, ale gdy tylko wracam na chwilę do domu, żeby odpocząć, od razu chcę znowu ruszać w trasę. Kocham to całym sercem. Kiedy trafia się dobry wieczór, zespół jest w świetnej formie, a publika dopisuje - nie ma na świecie lepszego uczucia. Oczywiście muszę w końcu usiąść do pracy, skończyć kolejny album i przygotować go do wydania, ale od grania na żywo jestem już chyba nieodwracalnie uzależniony. Moja filozofia koncertowania jest zresztą nieco inna niż u większości branży. Zazwyczaj artyści traktują trasę jako element promocji świeżo wydanego albumu. Ja tak nie chcę. Chcę wydawać płyty wtedy, kiedy są gotowe, a koncertować bez przerwy. Chcę grać dla samego grania, a nie po to, by promować konkretny krążek. Gdy idziesz na występ stand-upera albo na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej, nie zastanawiasz się, czy znasz ich najnowszy materiał lub wyniki z ostatniego sezonu. Idziesz, bo ich lubisz. Dokładnie tak samo podchodzę do swoich koncertów.
Zgodzisz się ze stwierdzeniem, że gatunek muzyczny, jakim jest szeroko rozumiany jazz, znacznie więcej zyskuje, gdy jest wykonywany na żywo?
- Zdecydowanie. Słuchając niektórych albumów studyjnych, wyraźnie czujesz, że ta muzyka została wręcz wykastrowana przez studyjną sterylność - te wszystkie słuchawki na uszach, pełną izolację instrumentów i nienaturalne środowisko. Dotyczy to zresztą nie tylko jazzu, ale większości muzyki. Pomyśl o legendach rocka, choćby o AC/DC - ich najlepsze albumy to przecież wydawnictwa koncertowe. Energia na żywo zmienia wszystko.
Na swoim koncie masz jak na razie jeden solowy krążek, “The New Sound”. Jak ten materiał sprawdza się w warunkach koncertowych? Zdarza Ci się włączać do setlisty niepublikowane numery lub covery?
- Sprawdza się znakomicie. Szczerze mówiąc, uważam, że wiele z tych utworów brzmi na żywo o niebo lepiej niż w wersjach studyjnych na płycie. A co do setlisty – jasne, gramy absolutnie wszystko. Regularnie przeplatamy znany materiał z niepublikowanymi jeszcze rzeczami oraz coverami. Na naszych koncertach można się spodziewać całego przekroju brzmień.
Z tegorocznych nowości miałeś okazję współpracować z zespołem Knats nad utworem “Carpet Doctor” z krążka “A Great Day in Newcastle”. Jak wspominasz tę kooperację?
- Byłem również producentem całego tego albumu, co absolutnie cudownym doświadczeniem. Poprosili mnie o to, a praca z nimi była fantastyczną zabawą i niezwykle ciekawym doświadczeniem. Kiedy decydujesz się na produkcję cudzego albumu, rzucasz się na głęboką wodę i dopiero po fakcie zdajesz sobie sprawę, jak wielkie to było wyzwanie. Moim głównym założeniem było po prostu... nie przeszkadzać im. To niesamowicie zdolni muzycy, którzy mają bardzo klarowną, pewną wizję swojej twórczości. To prawdziwy, zgrany zespół, a nie przypadkowy kolektyw jazzowy. Chciałem wyciągnąć z nich to, co najlepsze, zamiast na siłę narzucać im swój własny styl.
To znak, że w najbliższym czasie będziesz znacznie chętniej stawiał na współpracę z innymi muzykami?
- Absolutnie. Nie zamykam się na żaden gatunek ani format. Jestem otwarty na absolutnie każdą ciekawą propozycję. Gdyby jutro zadzwonił do mnie ktoś z zupełnie innego muzycznego bieguna z propozycją wspólnego numeru, bez wahania w to wchodzę.
Na koniec: gdybyś miał przekazać krótką wiadomość dla fanów, którzy nadal wahają się, czy przyjść 10 sierpnia na Twój koncert do Poznania - co byś im powiedział?
- Po prostu przyjdźcie! Co macie do stracenia? Bilety są naprawdę tanie. Niektórzy artyści życzą sobie za wejściówki jakieś astronomiczne miliony dolarów, a u nas dostajecie czystą, żywą energię za grosze. Wpadajcie i zobaczcie to na własne oczy!


