
Frontman grupy Jurgen Engler, wizjoner, od wielu lat ma znaczny wpływ na muzykę. Pod koniec lat 70. był jednym z pierwszych niemieckich punkrockowców w swoim zespole Male. W latach 80. założył DIE KRUPPS, który stał się ważnym przedstawicielem muzyki industrialnej i EBM.
Gdy w latach 90. te style stały się bardziej popularne, zespół z Düsseldorfu dodał do swojego brzmienia mocne thrashowe gitary i stał się jednym z najważniejszych źródeł inspiracji dla electro metalu. Teraz, z okazji 45. rocznicy, przyjadą do Polski, gdzie zagrają swoje dwa koncerty: 2 września w warszawskiej Hydrozagadce oraz dzień później w krakowskim Hype Parku.
Wiktor Fejkiel, Winiary Bookings: Gdy tworzyłeś Die Krupps w 1980 roku, wyobrażałeś sobie, że zespół będzie mógł świętować swoje 45-lecie?
Jurgen Engler, Die Krupps: - Nie sądziłem, że dotrwa do piątego (śmiech). W tamtych czasach nie miało się pojęcia, co przyniesie przyszłość. Muzyka była młoda, nie było jasnych wskazówek, że ludzie będą lubić nadal tę samą muzykę rockową przez następne 40 czy 50 lat. Nigdy nie myślałeś, że staniesz na scenie po 30 latach istnienia. A teraz mamy tych wszystkich starych rockerów na wózkach inwalidzkich, siedzących na scenie w wieku 80 - to szalone!
Z drugiej strony, wydajemy nadal nową muzykę - mamy nowy album, który wyjdzie na początku przyszłego roku. Mamy EP, który właśnie skończyliśmy nagrywać, z sześcioma utworami, które będą dostępne tylko w trakcie trasy. To będzie edycja ściśle limitowana, którą można będzie kupić tylko na koncertach. Więc tak, zdecydowanie mamy wystarczająco dużo do roboty.
Jak reagował niemiecki i międzynarodowy odbiorca na ewolucję Die Krupps na przestrzeni lat?
- Zawsze musieliśmy torować sobie drogę dla muzyki, którą stworzyliśmy Kiedy wydaliśmy pierwszy album - "Stahlwerksynfonie", był bardzo eksperymentalnym i industrialnym materiałem, jak na swoje lata. Nie było niczego takiego wcześniej, więc oczywiście ludzie reagowali z pewnym szokiem. Z drugiej strony, w Anglii doskonale rozumieli i czuli to i, co robimy. Kiedy zaczęliśmy produkować muzykę elektroniczną, byliśmy pionierami dla gatunku EBM w kolejnych latach. Ludzie się w to wkrótce zaangażowali, ale nie było dużej publiczności dla tego rodzaju muzyki, jak jest na przykład dzisiaj. Kiedyś publiczność była mała, ponieważ ludzie nie znali tej muzyki. A zwłaszcza z industrial metalem, który postanowiłem w zasadzie poprowadzić na własnych barkach (śmiech). Pod koniec lat 80-tych, kiedy muzyka elektroniczna i metalowa nigdy wcześniej nie zostały połączone, ludzie myśleli, że jestem szalony. Później było naprawdę wiele zespołów, które później wskoczyły na ten wagon i czerpały korzyści z naszej pracy, którą włożyliśmy w to, ale miały o wiele łatwiej niż my.
Pamiętasz jakiś jeden moment lub album, który uważasz za przełomowy dla zespołu?
- Jest to dla mnie o tyle ciekawe pytanie, bo mieliśmy naprawdę sporo różnych etapów w Die Krupps. Jak mówiłem, pierwszy album od razu wywołał duży szum w Wielkiej Brytanii. Potem w 1989 mieliśmy „Machineries of Joy”, które było w top 10 na listach Billboard w USA. A w 2014, po reaktywacji, album „Machinists of Joy” który pokazał, że potrafiliśmy wrócić z nowymi utworami, które fani kochają do dziś. Za każdym razem, gdy gramy, które wydaliśmy w ostatnich 10 latach, fani naprawdę bawią się do nich i znają teksty. Większość zespołów w trasie jest jednak jak karaoke - grają garstkę kawałków sprzed dekad, bo wiedzą, że tego właśnie oczekują fani - u nas jest inaczej.
Na ile istotne były dla Was syntezatory i metaliczna perkusja w budowaniu „metal-machine-music”?
- Die Krupps zawsze opierało się na syntezatorach do pary z metalowymi gitarami - dla mnie to idealne brzmienie. Wykreowaliśmy tę niszę i nikt nie robi tego tak jak my. Oczywiście są inne zespoły używające klawiszy i gitar, ale nie w ten sposób, co my. Sposób, w jaki gram na klawiszach, jest prawie taki sam jak na gitarze czy instrumencie perkusyjnym. Nie sądzę, żeby istniał zespół, który brzmi tak jak my.
Kilka dni temu wystartowała wasza trasa koncertowa “45th Anniversary Tour”- Czego można spodziewać się po niej spodziewać?
- Trasę gramy z moim wymarzonym składem. Mamy świetną ekipę na scenie, naprawdę dobrze współpracujemy i to czysta przyjemność grać u ich boku. Poza oczywistym zestawem największych hitów zagramy także kilka utworów, których nie graliśmy od bardzo dawna - niektórych nawet przez ostatnie 15 lat. Zagramy też dwa lub trzy nowe kawałki: dwa z nich będą na EP, którą tak jak mówiłem, sprzedajemy na koncertach, a wszystkie trzy będą singlami z nadchodzącego albumu. Publiczność więc będzie mogła usłyszeć nowe utwory, których nigdy wcześniej nie miała okazji poznać. To będzie świetna trasa. Myślę, że ludzie będą zadowoleni, bo nie graliśmy tej trasy w Europie w tym składzie - graliśmy co prawda na dużych festiwalach, ale to nie to samo. Szczególnie, że jesteśmy na świeżo po trasie w USA, jesteśmy więc bardziej niż gotowi. Nie mogę się tego doczekać!
Na tej trasie będą aż dwa przystanki w Polsce - kraków i Warszawa. Masz jakieś szczególne wspomnienia z naszego kraju?
- Graliśmy w Polsce naprawdę sporo razy i publiczność zawsze tu jest fantastyczna. Nie wiem z czego to wynika, ale kraje Europy środkowo-wschodniej zawsze gromadzą publiczność, która daje nam najlepsze koncerty, jakie kiedykolwiek graliśmy.
Jakie masz plany po zakończeniu trasy?
- Po trasie wreszcie znajdę trochę czasu, by odpocząć i robić swoje zwykłe rzeczy. Pracuję jako producent muzyczny dla Cleopatra Records w USA, więc będę się temu poświęcał.