Stanisław Łakomy, Winiary Bookings: The Amity Affliction funkcjonuje od początku lat 2000., kiedy australijska scena metalcore’owa naprawdę zaczęła nabierać rozpędu. Patrząc z perspektywy czasu, co sprawiło, że ta scena była tak wyjątkowa? To wzajemnie inspirujące się zespoły, lokalna społeczność, wspólne trasy czy może coś zupełnie innego?
Joel Birch: Szczerze mówiąc był to splot wszystkich tych rzeczy. Oczywiście byliśmy pod ogromnym wpływem amerykańskiego brzmienia, ale również różnice między zespołami powstającymi tutaj, na miejscu, zaczęły nas kształtować. W tamtych czasach na jednej trasie mogły grać zespoły metalcore’owe, screamo, hardcore’owe i shoegaze’owe, a obok nich nawet jakiś akustyczny artysta. To był naprawdę piękny okres w australijskiej muzyce, zanim nieuchronnie pojawili się puryści i gatunki zaczęły się rozdzielać, prowadząc do sytuacji, z którą mieliśmy do czynienia jeszcze jakiś czas temu. Dziś wygląda na to, że młode zespoły znowu funkcjonują w podobnym świecie otwartości. Ja obserwuję to już tylko z dystansu, ale bardzo podoba mi się to, co widzę.
W przypadku House of Cards jak udaje wam się pozostać wiernymi temu, za co ludzie kochają The Amity Affliction, a jednocześnie wciąż rozwijać się kreatywnie? Znalezienie tego balansu jest dziś łatwiejsze czy trudniejsze niż kiedyś?
Joel: To naprawdę trudne. Myślę, że na nowej płycie w wielu utworach poszliśmy może trochę za mocno w ciężar, choć trudno to właściwie zmierzyć. Jestem bardzo zadowolony z tego albumu i wyszliśmy poza swoją strefę komfortu, wchodząc na dość niewygodne dla nas terytorium. Mamy szczęście, że wciąż możemy tworzyć muzykę, a takie rzeczy są po prostu częścią tego procesu. Nie sądzę, żeby samo bycie kreatywnym było dla nas problemem. Najtrudniejsze jest jednak chyba pogodzenie tego, jak my chcemy brzmieć, z tym, jak inni chcą, żebyśmy brzmieli. Świat jest dziś dość brutalnym miejscem dla każdego artysty, dlatego znalezienie równowagi między tym, czego chcemy my, a tym, czego oczekują inni, jest szczerze mówiąc najtrudniejszą częścią procesu twórczego.
BANDS BATTLE
1. The Cure „Pornography” czy New Order „Movement”?
Joel: The Cure, bez dwóch zdań. Zakochałem się w tym zespole po uszy, a „The Hanging Garden” na bank jest w mojej osobistej top 10 wszech czasów. New Order byli świetni, ale podobają mi się tylko ich mroczne kawałki i moim zdaniem w ich katalogu jest zbyt wiele “jasnych” i przyjemnych piosenek.
2. The Sisters of Mercy „First and Last and Always” czy Bauhaus „In the Flat Field”?
Joel: The Sisters of Mercy.
3. The Birthday Party „Junkyard” czy Nick Cave and the Bad Seeds „Let Love In”?
Joel: Nie ma o czym mówić. Zawsze Nick Cave. Mam wytatuowaną jego głowę na plecach, więc bez dwóch zdań jest dla mnie muzycznym bohaterem. Nigdy w życiu nie spotkałem się z kimś, kto byłby tak genialny w pisaniu tekstów, dlatego w starciu Nicka Cave’a z dosłownie kimkolwiek czy czymkolwiek nie ma dla mnie żadnej konkurencji.
4. Slowdive „Souvlaki” czy Cocteau Twins „Heaven or Las Vegas”?
Joel: Slowdive, „Souvlaki”. To kolejny przypadek, w którym właściwie nie ma dyskusji.
Następnie:
5. The Cure “Pornography” vs Sisters of Mercy “First and Last and Always”
Joel: The Cure!
6. Nick Cave vs Slowdive “Souvlaki”
Joel: Nick Cave…
7. The Cure “Pornography” vs Nick Cave
Joel: Oczywiście Nick Cave & The Bad Seeds, szczególnie “Let Love In”. “Red Right Hand” było ich pierwszą piosenką, którą usłyszałem i pokochałem ją od razu. Poza tym ciężko jest przebić tekst do “Lay Me Low”:
“All the stars will glow bright (Lay me low.) My friends will give up the fight, they’ll see my work in a different light, when I go.”
Totalnie wyjątkowa rzecz, która wisi nad moją głową do dzisiaj. To jeden z lepszych i najbardziej spójnych albumów w moim życiu. Mogę wracać do niego w każdej chwili, zawsze.
