
GoGo Penguin to manchesterskie trio, które unikalnie łączy jazz, muzykę klasyczną i elektronikę. Niedawno muzycy powrócili z nowym albumem "Necessary Fictions”, w ramach którego promocji wyruszyli w trasę. Pianista Chris Illingworth, basista Nick Blacka i perkusista Jon Scott sięgają w głąb siebie, by uchwycić to, co dziś uważają za najbardziej autentyczne i integralne w swoim brzmieniu. My zapytaliśmy ich, jak wygląda to w ich procesie twórczym.
Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Po prawie dwóch latach wracacie do Polski, tym razem z nowym krążkiem - “Necessary Fictions”. Jakie emocje wam towarzyszą dookoła trwającej trasy?
GoGo Penguin: - Bardzo dobre. Koncerty sprawiają nam mnóstwo radości. Wspaniale jest wrócić w te strony, bo minęło już trochę czasu, odkąd tu byliśmy. Trasy bywają oczywiście męczące - niestety kilku z nas złapało w busie przeziębienie - ale poza tym jest świetnie (śmiech). Naprawdę celebrujemy ten czas. Pogoda nam dopisuje, jemy dobre rzeczy i na wszystkich koncertach fani są niesamowicie zaangażowani i świetnie się bawią.
Gdzie upatruje się największą różnicę w tej obecnej trasie, względem koncertów w ramach "Everything Is Going to Be OK" z 2024 roku?
- Na najnowszym albumie poszliśmy o krok dalej niż dotychczas - mocniej rozbudowaliśmy syntezatory i elektronikę, skręcając w stronę bardziej eksperymentalnych rozwiązań. Brzmienie jest nieco mroczniejsze, ale myślę, że udało nam się zachować świetny balans między dorobkiem z poprzednich sześciu płyt a tym nowym otwarciem. Dzięki temu setlista ma genialną dynamikę - przynajmniej my jesteśmy z niej niesamowicie zadowoleni (śmiech). Reakcje publiczności tylko to potwierdzają, a odbiór jest chyba nawet lepszy, niż się spodziewaliśmy. Trudno to jednoznacznie ocenić, ale podskórnie czujemy, że nasze obecne koncerty mają w sobie o wiele większą siłę.
Wróćmy jednak na chwilę do “Necessary Fictions” - jak po roku odbieracie ten materiał?
- Granie tego materiału na żywo sprawia nam ogromną frajdę, zwłaszcza że sam album nagraliśmy dość dawno temu. To nasz pierwszy tegoroczny tour w tej części świata - zaczęliśmy od Francji, teraz odwiedzamy Europę Wschodnią, a zaraz potem ruszamy do Skandynawii. Dla nas te kompozycje wciąż brzmią niezwykle świeżo i widzę, że publiczność odbiera to dokładnie tak samo. Uwielbiamy proces pisania muzyki i zaszywanie się w studiu, ale absolutnie najlepszym etapem jest wyjazd w trasę, wyjście do ludzi i ta natychmiastowa wymiana energii. Myślę, że fani czują to samo. Wiemy, że lubią słuchać naszych płyt w domowym zaciszu, ale wielu z nich powtarza, że na żywo dzieje się coś magicznego, tworzy się zupełnie inna atmosfera. My też czujemy, jak te utwory “docierają”. Podczas koncertów odkrywamy ich nowe, małe zakamarki, które brzmią zupełnie inaczej niż na nagraniu. Na tym etapie trasy czerpiemy z tego wyjątkową satysfakcję.
Wspomnieliście o tej rozbudowanej elektroniki. Zależało wam, by dobrze i świadomie operować tym balansem pomiędzy akustycznymi brzmieniami, a elektroniką?
- To stało się naturalnie z biegiem czasu. Na początku graliśmy po prostu na pianinie, kontrabasie i perkusji - staraliśmy się naśladować muzykę elektroniczną przy użyciu instrumentów akustycznych, nie używając zbyt wielu efektów. Z czasem uznaliśmy, że elektronika dodaje kolejny element, coś, co nas po prostu ciekawi. Wcześniej nie było nas też stać na taki sprzęt - nie jestem zresztą pewien, czy teraz nas stać, ale już go mamy (śmiech). Możemy kupować więcej syntezatorów i eksperymentować. Często mówimy, że to po prostu kolejny kolor w naszej palecie, tak jak u malarza. To dodatek, który sprawia, że muzyka staje się ciekawsza, przynajmniej dla nas.
Wielokrotnie powtarzacie, że “Necessary Fictions” to utożsamianie tego, co dziś uważacie za "najbardziej autentyczne". Sugerujecie, że na poprzednich wydawnictwach brakowało wam tej autentyczności?
- Nie, nie sądzę (śmiech). Myślę, że to po prostu kwestia wieku - zarówno naszego indywidualnie, jak i stażu samego zespołu. Zaczęliśmy patrzeć na te sprawy z innej perspektywy i zupełnie inaczej do nich podchodzić. Zawsze staraliśmy się zachować absolutną szczerość, ale to nie zawsze jest łatwe. Istnieje przecież mnóstwo zewnętrznych nacisków, nie mówiąc o presji, którą jako muzycy sami na siebie nakładamy. Na obecnym etapie życia i kariery jesteśmy po prostu o wiele bardziej pewni siebie. Wiemy, kim jesteśmy, co chcemy przekazać dźwiękami i jaki wizerunek prezentować. Tak jak wspomnieliśmy, to nie pierwszy raz, kiedy sięgamy po elektronikę, ale wcześniej podchodziliśmy do niej z większą rezerwą. Zastanawialiśmy się, jak daleko możemy się posunąć, co wypada dodać, a z czego zrezygnować. Tym razem poczuliśmy, że to właściwy kierunek i bez wahania w to weszliśmy. To samo dotyczyło każdego innego elementu - szliśmy dokładnie tam, gdzie prowadziła nas muzyka. W zasadzie robiliśmy tak od zawsze, ale tym razem towarzyszyło nam niesamowite poczucie wolności.
Nie próżnujecie natomiast z kolejnymi nowościami - szykujecie się do nowej EP-ki i dotychczas wydaliście już 3 single. Jest ona dla was rewolucją czy ewolucją stylu z poprzedniego longplaya?
- Dla nas EP-ki są miejscem na nieco więcej eksperymentów i sprawdzanie nowych pomysłów. Zawsze tak na nie patrzyliśmy. Bywamy na nich bardziej ambitni lub odważni. Ta nowa EP-ka jest wciąż mocno związana z albumem, bo powstała w podobnym czasie i w tym samym stanie umysłu, ale mamy tam na przykład utwór oparty wyłącznie na syntezatorach, czego wcześniej właściwie nie robiliśmy. Lubimy myśleć, że to mała rewolucja. Prawdę mówiąc, to trochę jedno i drugie.
Zdarza wam się do setlisty trwającej trasy włączać numery z najnowszej EPki?
- W tej chwili jeszcze nie. To dla nas naprawdę trudny wybór, ponieważ mamy już ogromną bazę utworów, z której możemy czerpać. Chcemy mieć pewność, że zagramy jak najwięcej materiału z “Necessary Fictions”, zachowując przy tym idealny balans ze starszymi rzeczami. Na głębsze zmiany w programie to chyba jeszcze nie jest właściwy moment. Przed nami wciąż mnóstwo koncertów i w odpowiednim czasie z wielką przyjemnością wprowadzimy te kompozycje do zestawu. Na razie skupiamy się na powrotach do dawnych motywów i solidnej dawce nowej płyty.
W Gdańsku mogliście sobie przypomnieć, jak brzmi polska publiczność - jakie są to uczucia? Czujecie różnice względem grania w innych krajach?
- Niekoniecznie, ale zauważyliśmy, że w Polsce zainteresowanie naszą twórczością ogromnie wzrosło w ciągu ostatnich kilku lat. Publiczność na koncertach jest coraz większa, coraz więcej osób o nas słyszało, udzielamy też znacznie więcej wywiadów. Tutejsi ludzie są po prostu wspaniali i niezwykle otwarci. To fantastyczne uczucie widzieć, jak ta fala rośnie. Niesamowite, że na obecnym etapie kariery wciąż możemy czuć taką świeżą energię. Kiedy spotykamy się ze słuchaczami po występach, okazuje się, że niektórzy są z nami od samego początku, a inni odkryli nas ledwie dwa tygodnie temu. Tworzymy razem taką wielką, międzynarodową rodzinę. Wyjątkowo miło jest też słyszeć, jak fani od pierwszych dźwięków rozpoznają nowe utwory i żywiołowo na nie reagują. Polacy to niesamowicie ekspresyjna, ‘głośna” publiczność.
Na koniec powiedzcie, macie swoją ulubioną Polską rzecz?
- Jedzenie zawsze jest u nas na pierwszym miejscu! Poza tym Chris ma przecież polskie korzenie - jego dziadek pochodził z Białegostoku. To dla nas bardzo ważne, bo podczas jednej z dawnych tras udało nam się odwiedzić z nim jego rodzinne strony. Choć dziadek odszedł już wiele lat temu, każda wizyta w Polsce przywołuje wspomnienia o nim. Natomiast jedzenie macie niesamowite - pierogi, bigos… i ogórki kiszone! Coś pysznego (śmiech).



