Baby Lasagna: W Polsce mamy unikalną społeczność!

Baby Lasagna powraca do swoich muzycznych korzeni i zapowiada europejską trasę, w ramach której ponownie odwiedzi Polskę! Chorwacki wokalista wystąpi ze swoim zespołem 29 listopada w poznańskim klubie Tama, dzień później w warszawskim Palladium oraz 1 grudnia w krakowskim Kwadracie. Z tej okazji porozmawialiśmy z artystą o jego najnowszym, mocno metalowym krążku, wyjątkowej relacji z polską publicznością oraz o scenicznych emocjach towarzyszących graniu cięższych brzmień.

Wiktor Fejkiel, Winiary Bookings: Twoje ostatnie single wyraźnie zwiastują zupełnie nową, bardziej metalową erę w twojej twórczości. Czujesz, że w końcu tworzysz dokładnie to, co chcesz, bez przejmowania się opinią innych?

Marko Purišić, Baby Lasagna: - Przejmowanie się tym, co pomyślą inni, to zawsze nieustanna walka z samym sobą. Czuję się jednak o wiele swobodniejszy, tworząc tego rodzaju muzykę, niż chociażby wtedy, gdy pisałem “and I” czy “Stress”. Wszystkie moje wcześniejsze kawałki traktowałem jako bardzo przyjemną, ekscytującą wycieczkę, ale nie czułem, że jestem wtedy w domu. Pisanie nowej, cięższej, metalowej muzyki to dla mnie powrót do własnego domu.  

Ta mocniejsza energia naturalnie idealnie sprawdza się w warunkach koncertowych. Zauważyłeś różnicę w reakcjach publiczności w porównaniu do waszych wcześniejszych występów?

- Zdecydowanie tak! W ciągu ostatnich sześciu miesięcy na naszych koncertach widzieliśmy mnóstwo szaleństwa i prawdziwych wybuchów energii pod sceną, właśnie dlatego, że nasza muzyka stała się bardziej metalowa i bezkompromisowa. Ale to wciąż nie jest straszny, ekstremalny metal - jeśli na co dzień słuchasz popu i przyjeżdżasz na nasz koncert, nie poczujesz, że to dla ciebie za ciężkie. Drapanie i krzyk na scenie traktuję trochę jak szaloną atrakcję dla popowej publiczności - nocny wypad, podczas którego oglądasz faceta, który krzyczy, biega po scenie i rzuca butem (śmiech). Zawsze żartuję, że gramy metal dla ludzi, którzy na co dzień w ogóle nie słuchają metalu.  

Gdy rozmawialiśmy poprzednio, wspomniałeś, że album “Demons & Mosquitoes” powstał jeszcze przed Eurowizją. Jak długo tym razem trwały prace nad skompletowaniem całego albumu?

 - Myślę, że stworzenie wszystkich utworów od zera zajęło mi około 6-7 miesięcy. To był naprawdę intensywny i wycieńczający czas, pisałem dosłownie codziennie. Stworzyłem ponad 30 pełnych piosenek, a z niedokończonymi wersjami demonstracyjnymi było ich pewnie z 50. Proces był potwornie chaotyczny i przerażający - w swoim dzienniku pisałem wprost, że to nie zadziała, że poniesiemy porażkę, że nie zejdzie się to finansowo, że po prostu wszystko zmierza w złym kierunku. Ale ostatecznie dopięliśmy swego, połączyliśmy siły i stworzyliśmy materiał, z którego jesteśmy teraz ogromnie dumni. Wymagało to od nas niezwykłego skupienia, cierpliwości i szlifowania umiejętności.  

Głównym pretekstem do naszej dzisiejszej rozmowy jest twój powrót do Polski na kolejne koncerty. Jak myślisz, z czego wynika ta niezwykła więź i ogromna miłość, jaką darzy cię polska publiczność?

 - Szczerze mówiąc, sam nie wiem! Wydaje mi się, że przede wszystkim Polacy po prostu potrafią docenić dobrą, autentyczną muzykę na żywo (śmiech). Po drugie, nasz pierwszy solowy koncert poza Chorwacją odbył się właśnie w Polsce. Wszyscy przyjęli nas wtedy niezwykle ciepło. Byliśmy wtedy potwornie zdezorientowani i przytłoczeni wszystkim, co się działo - publiczność to dostrzegła i w pewien sposób pokochała tę naszą niewinność oraz autentyczność. My z kolei pokochaliśmy ich za to, że podarowali nam tak niesamowity moment. Od tamtej pory każdy powrót do Polski jest dla mnie czymś absolutnie wyjątkowym. Czuję wręcz dług wdzięczności wobec polskiej publiczności.

Czyli polscy fani zajmują szczególne miejsce w twoim sercu…

- Czasami aż boję się mówić o tym tak otwarcie, żeby nie urazić fanów z innych krajów, ale myślę, że nawet oni zdążyli już dostrzec i zaakceptować, jak silną i unikalną społeczność mamy w Polsce. Co ciekawe, fani z Finlandii czy Szwecji przyjeżdżają teraz na nasze polskie koncerty, bo wiedzą, że to u was występujemy z największą energią i że te gigi są prawdopodobnie najlepsze w całej trasie. Wszyscy wokół zaczynają to zauważać.

A jak będzie wyglądała setlista na nadchodzących koncertach? Usłyszymy tylko nowy materiał, czy znajdzie się też miejsce na starsze numery, z kultowym “Rim Tim Tagi Dim” na czele?

- O tak, “Rim Tim Tagi” Dim zagramy na sto procent! Myślę, że będę wykonywał ten kawałek do końca życia - chyba że jakimś cudem napiszę jeszcze większy hit, w co szczerze wątpię (śmiech). Zagramy całą masę starych utworów. Odrzuciliśmy zaledwie kilka pozycji, bo inaczej koncert trwałby ze dwie i pół godziny, a nikt nie chciałby stać tak długo - ja sam bym nie chciał (śmiech). Usłyszycie więc przekrój naszych dotychczasowych numerów oraz cały nowy album. To będzie zresztą pierwszy raz, kiedy zagramy nowe piosenki na żywo, więc sam jestem niezmiernie ciekawy reakcji. Mam ogromną nadzieję, że przyjęcie będzie gorące!

Czujesz, że te najnowsze single i nadchodzący album pomagają ci w końcu zrzucić łatkę “artysty z Eurowizji”?

- Myślę, że ta eurowizyjna etykieta będzie towarzyszyć mi jeszcze przez jakiś czas, jeśli wiesz, co mam na myśli. Jedyne, co możemy zrobić, to tworzyć dobrą muzykę, koncertować i udowadniać na scenie, że mamy do zaoferowania znacznie więcej niż tylko ten jeden występ. Mam ogromną nadzieję, że słuchacze to dostrzegą i z czasem przekonają się do naszej pełnej twórczości. Ale nawet jeśli ktoś nadal będzie widział we mnie głównie uczestnika Eurowizji - to też jest w porządku. Zależy mi po prostu na tym, by pokazać: “Hej, mamy też mnóstwo innych świetnych numerów, sprawdźcie je, może polubicie je jeszcze bardziej!”.

Na koniec - kilka słów do polskich fanów…?

- Kochani, wracam do domu! Przed nami trzy wyjątkowe koncerty w Polsce, więc mam ogromną nadzieję, że zobaczymy się na wszystkich - a jeśli wpadniecie choćby na jeden, to też będzie wspaniale. Bilety wyprzedają się bardzo szybko, więc łapcie swoje wejściówki, póki jeszcze są dostępne. Przyjeżdżamy do was z nową muzyką, nową oprawą produkcyjną i zupełnie nową energią. Jeśli chociaż trochę podobało wam się poprzednim razem, obiecuję, że tym razem po prostu to pokochacie. Do zobaczenia!

© Copyright Winiary Bookings 2024

© Copyright Winiary Bookings 2024