Aktualizacja na szczycie. Recenzja albumu „Jeszcze 5 minut” Kizo

31 października 2021
Aktualizacja na szczycie. Recenzja albumu „Jeszcze 5 minut” Kizo

Kizo udowodnił, że jest w stanie pójść jeszcze krok dalej w ewolucji stylistycznej, by utrzymać się w najwyższym rejestrze mainstreamu.

Drzemka czy trening?

Ostatnie lata w polskim rapie zdążyły już przyzwyczaić nas do tego, że kariery kolejnych artystów wybuchają nagle. Najczęściej chodzi jednak o dobrze rokujących młodziaków, którzy zyskują popularność za sprawą jednego mocnego singla i ten winduje ich bardzo wysoko. Kizo jest innym przypadkiem. To gość, któremu udało się dokonać nieoczywistych rzeczy. Udana transformacja z hardego, mało elastycznego ulicznika w króla luźnych bangerów i zdobycie ogromnych zasięgów po dłuższym pobycie na góra średniej półce branżowej to tylko część z nich.

Fakt, że był jeszcze mariaż ze Step Records, a raper wszedł jeszcze w skład chillwagonu, zmienia tak naprawdę niewiele – nadal mówimy o bardzo nietypowej drodze.Z sukcesem przebywa ją nie tyle garstka ludzi, ile jednostka. Nie jestem pewien, jak pochodzi do tego sam Kizownik, ale gdy słucham jego kolejnych rzeczy, to myślę, że ma świadomość bycia kimś na kształt wybrańca-farciarza. Czyli w tym przypadku artysty, który dopomógł szczęściu swoją konsekwencją i czutką, lecz wie, że dostał szansę, która wymyka się rynkowej logice. I że nie wypada zmarnować jej przez stanie w miejscu.

Solowe albumy wspomnianego wyglądają na monotonne i odtwórcze, ale przy bliższym poznaniu słychać, że gdańszczanin stara się szukać nowych rozwiązań i choć trochę odświeżać swoją twórczość. Rewolucji nie ma, są mniejsze kroki, które mają sprawić, że najtwardszy fanbase się nie znudzi, a dopływ nowych słuchaczy będzie stały, niekoniecznie wielki. Jeszcze 5 minut to (najpewniej niezamierzenie) trafny tytuł, jeśli wziąć pod uwagę to, jak całościowo prezentuje się ten materiał. Nowy porządek, sygnalizujący chęć przedłużenia czasu w błysku fleszy, ciągle walczy ze starą naturą, niechętną podejmowaniu poważniejszych, wymagających większej aktywności działań.

Kizo – MTS

Luz po wakacjach

Wydaje się, że najważniejszą zmianą, jaką przyniósł krążek, jest złapanie większego niż dotychczas luzu. Nie twierdzę, że wcześniej go nie było. Przecież te niezobowiązujące bangery solowe i w większych grupach nie wzięły się z powietrza, podobnie jak zjawiające się tu i ówdzie autoironiczne kawałki. Chodzi o dużo bardziej znaczące przeskoczenie w głowie, dobrze wpływające na większość najnowszych ruchów. Proces zrzucania z siebie powinności, który został zapoczątkowany tak naprawdę dopiero na Posejdonie, ma tu swoją ważną kontynuację.

Oczywiście nie jest to jeszcze jego finisz, sporo zostało do zrobienia. Kierunek wygląda jednak na słuszny. We wszystkim pobrzmiewa jeszcze krewki typ, ale dużo lepiej rozumiejący konwencję, w którą chce iść, lepiej się w niej odnajdujący. Już w otwierającym album MTS Kizo wjeżdża z nieco mechanicznym spowolnieniem i szybko wymyśla nośną melodię z porwanymi podśpiewywanymi partiami. Track wspomaga kolejnymi ni to poważnymi, ni to memiarskimi ad-libami, co zresztą jest jedną z głównych cech płyty. Jest skuteczny w swoim locie i taki już pozostaje. Z pewnością siebie, ale również humorem rozpracowuje kolejne bity. Nie zapomina reż o tym, że ma niezłe warunki, by zrobić coś ze swoim głosem. Nie robi mu szczególnej różnicy styl podkładu, bo sunie jak taran. Czasem ciężko, jakby siłą rozpędu, czasem zwinnie. Unika monotonii jak może.

A jest to bardzo ważne, bo jego największą bolączką pozostają teksty. Jasne, pop-rapowe części nie domagają się nie wiadomo jak linijek. Tyle że nie samym pop-rapem Jeszcze 5 minut stoi. Wąziutki krąg tematyczny, który obraca się wokół kasiastego życia, szałowych, napędzanych mniej lub bardziej legalnymi używkami imprez i codziennym dyskontowaniem kolejnych sukcesów, cierpi na brak ciekawie napisanej treści. Strona techniczna nie kuleje tak bardzo, jak mogłoby się wydawać komuś, kto podchodzi do gdańskiego rapera stereotypowo. Trudno doszukać się wersów ponadprzeciętnie błyskotliwych, współgrających z bazującym na skrajnościach napinkowo-luzackim anturażem. Pozostają nieliczne frazy, jak chłodny oddech familoków czy niebieski kogut, społeczniaków wibrator, są też bawiące kontekstowo słowa jak smoothie czy bruschetta. Tyle.

Kizo – Disney

Były tańce, są harce

To było pewne jak plaża w wersie. Kiedy na streamingach zjawił się Disney, było wiadomo, że letnie części albumu będą tymi przykuwającymi uwagę lwiej części słuchaczy. Nasze lato, choć rozedrgane, także nie wychodzi poza schemat. Jest tu więcej oczywistości. Wspomniany MTS najpierw odbija basowo, obiecując coś więcej, ale jest jednym z wielu cykaczy. Mam do tego nosa – to samo. Początkowo przegłoszone wejście i podkładu, i wokalu, potem porządne, skuteczne granie.

Krążek nie jest jednak jednorodny, bo w innych miejscach dzieją się tzw. rzeczy. Król balu to wstępniak jak z dziwnego jamu skrzypków na krajówce, który później subtelnie gra tłem. Są tu szukające swojego dźwięku fujarki (Dobrze) i rozsypane cykacze wpadające w odwiedziny z rozbudową bandą (Ojej). Są dźwięki, które się ze sobą zderzają i schodzą coraz niżej w klubowym amoku (Forma) czy snujące się dęciaki (Pogo). Trąbki, nie-trąbki dają o sobie znać w tytułowym reggaetonowym kawałku, ale też w Aladinie, z odtwórczą konstrukcją i autorskim wkładem. Wchodzenie w inne rytmy to domena Wrrrum, przygrywanie niepotrzebną gitarą – Zdrowia. Najmocniej świeci zaś OXA – nieprzyjemna, agresywna, z kapitalnie porozkładaną warstwą basową i arabską nutą. Te numery to popisy, nie pop.

Kizo ft. Janusz Walczuk – Zdrowie

Producencka gwiazda została niestety przyćmiona przez gościnkę Puszera, który wchodzi krzywo i jest z gruba cięty. Właściwie tylko featuring Waca się tutaj sprawdził, bo on ma ten luz, do którego dąży gospodarz. Lubin chciałby być zabawny i odnaleźć się w sznycie, ale jest toporny. Tak przewinięte i napisane zwrotki Majora i Kabe usłyszeliśmy już n-ty raz. Gdy Berson nawija: Berry to czołg jak Rudy, choć nie nabijam lufy to można się uśmiechnąć, ale to przebłysk. Gdy Oki znów nie trzyma nerwów na wodzy, jest przeszarżowany i krzyczy dla samego krzyczenia, to odechciewa się słuchać. A gdy Janusz Walczuk kombinuje nienaturalnie i bez charakteru, to czeka się na koniec.

Tak jak wspomniałem w jednym z tytułów – to faktycznie jest dobry krążek. Kizo zadbał o to, by jego flow dawało coś ekstra starannie wyselekcjonowanym, poprowadzony z sensem (a czasem i brawurą) podkładom. Dał się ponieść we wszystkim, tylko nie w barsach. To z pewnością nie będzie jeszcze tylko pięć minut ani kwadrans akademicki dużej kariery. Ale lepiej się doskonalić i mieć na baczności, bo konkurencja nie przestawia budzika.

Kizo – Jeszcze 5 minut – odsłuch albumu

Kizo – Jeszcze 5 minut – okładka albumu

Pozostałe newsy