
Wiktor Fejkiel, Winiary Bookings: Otwierasz dzisiejszy, całkowicie wyprzedany koncert w klubie Niebo. Jak to jest dzielić scenę z artystą pokroju The White Buffalo, który operuje tak potężną sceniczną energią, podczas gdy ty wnosisz bardziej intymny, autorski sznyt?
Agata Karczewska: Wydaje mi się, że to bardzo dobre połączenie - właśnie ze względu na ten kontrast. Bez sensu byłoby zestawiać ze sobą dwóch identycznych artystów. Myślę, że fajnie to zagrało: mój set jest spokojniejszy i bardziej liryczny, a chwilę później wychodzi The White Buffalo i robi na scenie absolutny szał oraz totalną imprezę.
Amerykański folk i country w Polsce to wciąż nisza, choć mam wrażenie, że gatunek powoli odzyskuje u nas należne mu miejsce. Jak czujesz się w roli jednej z niewielu autentycznych reprezentantek tej sceny w naszym kraju?
- Chciałabym po prostu, żeby zapamiętano, że byłam jedną z pierwszych (śmiech)! Bardzo się cieszę, że ten gatunek zyskuje na popularności. W swojej istocie to muzyka niezwykle uniwersalna. O to przecież chodzi w tych piosenkach - to proste, szczere historie, z którymi każdy z nas może się utożsamić. Jestem wręcz nieco zaskoczona, że ta stylistyka dociera do nas tak późno, ale najważniejsze, że wreszcie tu jest.
Na próżno szukać u ciebie piosenek w języku polskim. Z czego to wynika? Czujesz, że polski język po prostu nie sprawdziłby się w tego typu muzyce…?
- Myślę, że mógłby się sprawdzić. Problem w tym, że ja po prostu na co dzień nie słucham polskiej muzyki. Jeśli chodzi o moje prywatne inspiracje, to są to niemal wyłącznie artyści posługujący się językiem angielskim, dlatego o wiele łatwiej i naturalniej tworzy mi się w tym języku. Próbowałam kiedyś pisać po polsku, ale efekty nie wychodziły tak, jakbym tego chciała. Nie ma sensu pchać się na siłę w miejsce, które ewidentnie mi nie leży i zmuszać do czegoś, co jest dla mnie nienaturalne.
Odczuwasz jakąś blokadę lub przeszkodę na naszym rynku muzycznym z powodu wyboru angielskiego? Umówmy się - polska scena bywa dość hermetyczna pod tym względem i rzadko zdarzają się przykłady rodzimych artystów śpiewających po angielsku, którzy odnieśliby u nas duży sukces…
- Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież kiedy do Polski przyjeżdżają zagraniczne gwiazdy śpiewające po angielsku, to dla nikogo nie stanowi to problemu - wszyscy doskonale wiedzą, o czym są te utwory i śpiewają je razem z artystą pod sceną. Ale kiedy nazywasz się Agata Karczewska, masz polskie nazwisko i urodziłaś się w Warszawie, to nagle pojawia się problem: “Ojej, a dlaczego nie po polsku, skoro jesteś Polką?”. Wydaje mi się, że to sztuczne bariery, tworzone zupełnie niepotrzebnie. One raczej zabijają kreatywność, niż sprawiają, że nagle zmienię zdanie i zacznę pisać po polsku.
Wspominałaś o anglojęzycznych inspiracjach… Oglądałaś na przykład serial “Sons of Anarchy’ albo inne produkcje, do których muzykę napisał Jake Smith? On sam znajduje się w gronie twoich muzycznych autorytetów?
- Tak, Jake jest jak najbardziej jedną z moich ogromnych inspiracji i jestem wręcz poruszona tym, że mogę tu dzisiaj być i otwierać dla niego ten koncert! Co prawda samego “Sons of Anarchy” jeszcze nie oglądałam, ale doskonałą ścieżkę dźwiękową z tego serialu znam na wylot - można powiedzieć, że raczej słuchałam “Sons of Anarchy”, niż oglądałam (śmiech). Prywatnie jestem chyba większą fanką serialu “Yellowstone” i to ta produkcja bardziej do mnie trafiła, ale seans “Sons of Anarchy” wciąż przede mną i na pewno to nadrobię.
Pod koniec 2024 roku wydałaś EP-kę “Not My First Rodeo”. Co ten materiał oznacza dla ciebie dzisiaj, po tych niemal dwóch latach?
- Cały czas czuję, że to dość świeża rzecz. Co prawda zagrałam po premierze trochę koncertów, ale materiał nie zdążył się jeszcze silnie ograć. Ta EP-ka ma bardzo zespołowy charakter i miałam okazję zagrać kilka sztuk z pełnym składem, żeby poczuć jej prawdziwy klimat. Tekstowo i muzycznie wciąż jest dla mnie bardzo aktualna i jestem z niej niezwykle dumna. Z drugiej strony - twórca cały czas się rozwija, szuka nowych inspiracji i wybiega myślami w przyszłość, więc mentalnie powoli jestem już w innym miejscu. Kiedy jednak wracam do “Not My First Rodeo”, czuję po prostu ogromną satysfakcję.
Z jakim odbiorem tego wydawnictwa się spotkałaś?
- Bardzo pozytywnym! Ze względu na to, że taka stylistyka rzadko pojawia się na naszym rynku, słuchacze często reagują zaskoczeniem, że to nie brzmi jak coś z Polski i powinnam z tym wyjechać w świat, gdzie zrobiłabym wielką karierę. To niezwykle miłe słowa i nie ukrywam, że myśli o graniu zagranicą chodzą mi po głowie - skoro rynek country w Polsce dopiero raczkuje. Najbardziej cieszy mnie jednak obecność fanów, którzy są ze mną od moich pierwszych kameralnych występów dla pięciu osób. Mimo że moja muzyka ewoluuje, oni wciąż trwają przy mnie i śledzą ten rozwój. To bezcenne uczucie.
Nazwałabyś tę EP-kę przygotowaniem gruntu pod swój trzeci album? Na jakim etapie tworzenia jest ten materiał - o ile możesz cokolwiek zdradzić (śmiech).
- Gdybym miała zabukowane studio i budżet na nagrania, mogłabym wejść i zarejestrować go natychmiast. Piosenki są w stu procentach gotowe, mam kompletny materiał. Decyzja o wydaniu EP-ki dwa lata temu wynikała głównie z kwestii finansowych, a nie ze skomplikowanej koncepcji artystycznej. Oczywiście starałam się zbudować wokół “Not My First Rodeo” spójną narrację, ale prawda jest prozaiczna: niezależni artyści - zwłaszcza w Polsce - nie mają lekko i po prostu robimy, co w naszej mocy.
Wracając na moment do twojego debiutu z 2019 roku, “I'm Not Good at Having Fun” - czy po tylu latach w branży nauczysz się w końcu dobrze bawić tą muzyką?
- Tytuł tamtej płyty był mocno ironiczny - to mój specyficzny typ humoru i każdy, kto mnie zna prywatnie, doskonale wie, że ten tekst jest w stu procentach “mój” (śmiech). Czy potrafię się bawić muzyką? Tak, za każdym razem, gdy wychodzę na scenę i mija ten pierwszy stres, dociera do mnie, że to moja ulubiona rzecz na świecie. Jestem niesamowicie wdzięczna za to, że mogę to robić i że ludzie wciąż chcą mnie słuchać.
Na swój debiut spoglądasz z dumą i sentymentem, czy traktujesz go jako zamknięcie rozdziału, do którego niekoniecznie chcesz wracać?
- Na pewno jest to zamknięcie pewnego etapu. Z jednej strony czuję dumę - w końcu pierwsza płyta to ogromne wydarzenie dla każdego twórcy. Z drugiej strony, słuchając jej dzisiaj, mam mnóstwo momentów gdzie wiem, że zrobiłabym coś innego. Uważam jednak, że to całkowicie naturalne. Gdyby wszystko podobało mi się dziś dokładnie tak samo jak w 2019 roku, oznaczałoby to, że stoi w miejscu. Taki krytycyzm wobec własnej twórczości sprzed lat jest po prostu zdrowy.
W takim razie powiedziałabyś, że większe spełnienie daje ci granie na koncertach nowości, czy stawiasz na te stare, nieśmiertelne tracki?
- Zawsze bardziej ekscytujące jest prezentowanie świeżego materiału - to są rzeczy, które aktualnie siedzą w twojej głowie i wnoszą nową energię. Oczywiście bardzo lubię wracać do starych utworów, które gram od wielu lat, ale możliwość zaprezentowania czegoś nowego na żywo to zawsze o wiele większa frajda.
Dajesz sobie przestrzeń do testowania utworów “unreleased” z nadchodzących wydawnictw przed publicznością?
- Dzisiaj zagrałam sporo piosenek, których nigdzie nie ma i które - być może - dopiero kiedyś zostaną wydane. Chyba nie da się tego zrobić inaczej. Mogę w nieskończoność grać te utwory sama w domu i zastanawiać się, czy są wystarczająco dobre, ale to scena ostatecznie weryfikuje ich prawdziwy potencjał. Trema mInie tylko wtedy, gdy wyjdzie się poza strefę komfortu i po prostu zaryzykuje.
cover fot. Oskar Szramka



